Jako że mikołaj w tym roku się pośpieszył u mnie, w środe jadę po wzmacniacz, ale ...
Mam dylemat ostateczny, na który się zdecydować (wszystkie heady) :
1. Peavey Valveking za 1400zł (używka)
2. Carvin MTS 3200 za 1900zł (używka)
3. Jet City JCA100H za 1800 zł (używka)
4. Bugera 6262 lub ew. 333 za 1500 zł (nówka)
W przypadku tych tańszych (1,4) miałbym dodatkową $ na jakiś porządny efekt/dopałke na start (bo tak będę musial korzystać z cyfrowego multi na start).
Niestety nie mam możliwości ograć wsystkich tych wzmaków bo znajdują sie w różnych końcach Polski (ogrywłem jedynie chwilkę Bugery, które znalazłem w store w Poznaniu), słuchając na YT wszystkie mi sie podobają na swój sposób, choć różnią sie znacząco stąd mam dylemat.
Lubię grać kawałki Pink Floydów (zwłaszcza instrumentale i live performy Pulse) - w tym kierunku kierujemy sie w kapeli tworząc coś własnego, Metallice z lat 80-00 (łącznie z sieczką Kill em All, do której pewnie 6262 byłaby idealna) - to lubię pograć samemu, dla sportu, co do czystego dźwięku to nie lubię jak to wiekszość się zachwyca fenderowskiej szklanki, wręcz przeciwnie lubię gruby basowy clean.
Może znajdzie się ktoś kto miał większą styczność z paroma z tych wzmaków i podpowie, na który by się zdecydował mając mój gust muzyczny ?
Będę naprawdę wdzięczny za porady.
