Informacje i pytania na temat twórczości muzyków i tras koncertowych

Postprzez Art » 2007-04-16, 12:17

Zasady są proste - piszecie recenzję albumu w dowolnym stylu - dwa warunki:
- minimum 300 słów (krótsze nie mają sensu)

- podanie na początku tytułu albo wklejenie okładki

W tym temacie można dyskutować, ale tylko w formie polemiki, lub przez wrzucenie własnej recenzji - posty krótsze niż 300 słów będą kasowane.





Zaczynamy:

Obrazek

Jehtro Tull - jedna z legend progresywnego rocka - pozostawała u nas nieco na uboczu w porównaniu z dwoma gigantami Yes i Pink Floyd, których fani toczyli zacięte boje. Razem z King Crimson, Camel i Van Der Graff Generator panowie z JT zostali odstawieni na boczny tor, mimo że są jednymi z twórców rockowej rewolucji - przecierali rockowe szlaki w drugiej połowie lat 60.
Ich najbardziej znanym dziełem jest chyba płyta Thick As A Brick z 1972 - blisko 45 minutowa opowieść o młodym chłopcu - poecie, który był przez gazety porównywany do nowego Miltona. Winyl był zapakowany w tekturę, która przypominała właśnie gazetę - z wymyślonymi artykułami i ogłoszeniami. Nie ona jednak dziełem zajmę się dzisiaj, a wydaną 10 lat później Broadsword And The Beast.

Przez 10 lat zespół ewoluował - styl gry wciąż jest jednak rozpoznawalny - głównie dzięki wokaliście - Ianowi Andersonowi (nie mylić z Jonem, co się często zdarza) i jego grze na flecie oraz akustyku, a także gitarzyście - Martinie Barre. Zmieniło się jednak brzmienie - mamy lata 80 - epoka punk rocka przeciwstawionego paskudnemu popowi i oskarżanemu o wtórność rockowi - słychać początki elektronicznego brzmienia - wybija się wyraźnie syntetyczna perkusja, a także syntezatory imitujące zagrywki orkiestry i chóry w tle. Tego wcześniej nie było - owszem, można było spotkać keyboard, ale w bardziej klasycznym dla niego brzmieniu. Z dzisiejszego punktu widzenia może to śmieszyć - technika stoi na znacznie wyższym poziomie, syntezatory brzmią lepiej i lepiej wychodzi im imitowanie instrumentów akustycznych. Także perkusiści odzwyczaili się od sztucznego brzmienia i szukania na siłę nowinek technicznych - stare dobre blachy i naciągi wróciły do łask. Wtedy jednak brzmienie było uznawane za nowatorskie, dzisiaj można je potraktować jako swego rodzaju "wintydż" i robienie klimatu.

Jak na tle brzmienia wypadają kompozycje? Są bardzo zróżnicowane jeśli chodzi o klimat. Niemal heavymetalowe Beastie na otwarcie z zimnym riffem gitary elektrycznej z lekko psychodelicznym tekstem. Są kawałki przypominające lata progresywne i folkowe zespołu - klimatyczny Pussy Willow - gdy baśń się miesza z rzeczywistością, Clasp z charakterystyczną linią fletu Andersona i jednocześnie "nowocześnie" przetworzonym wokalem oraz utwór o ciężkich czasach - Fallen On Hard Times. Uzupełniają je Broadsword - powtórka z prog-rocka lat 70 i pięknymi i soczystymi solówkami gitarowymi oraz Slow Marching Band - typowa ballada oszczędna muzycznie na zwrotkach i atakująca w refrenie.
Na powitanie nowego dziesięciolecia zespół przygtował dwa kawałki: Flying Colours i Watching Me Watching You - tutaj gitary przestają pełnić rolę instrumentu prowadzącego i chowają się w tle ściany syntezatorów. Do tego dochodzi Seal Driver - kawałek pośredni - można tutaj odnaleźć gitarę pomieszaną z beatem z syntezatora tak jak tekst łączy magicznej łódź z 200 konnym silnikiem diesla.
Zakończenie stanowi znany wszystkim fanom dobrych fal eteru "Cheerio" - utwór, który stał się trzecim dżinglem audycji Piotra Kaczkowskiego - MiniMax - piękne pożegnanie z ubiegłymi latami i odważne spojrzenie w przyszłość, która niestety nie okazała się radosna - muzyka zespołu stopniowo przestawała być doceniana, słusznie zresztą - sporo dokonań było skierowanych do nikogo - starych fanów nie dało się przekonać, nowych nie dało się uzyskać, a zespół przestał odnosić sukcesy. Dzisiejszy skład zachował z oryginalnego tylko Barre'a i Andersona, niestety reszta składu nie jest tak twórcza jak poprzednicy.
BATB należy jednak uznać za jedną z lepszych płyt zespołu i z pewnością warto się z nią zapoznać i przesłuchać więcej niż raz.
Yamaha LL-6 + AER AK15          Martin 00-15
Obrazek            Obrazek
Avatar użytkownika
Art
Moderator
 
Posty: 126
Dołączył(a): 2007-01-26, 21:20
Lokalizacja: Warszawa
Pochwały: 11

Fingerstyle Nauka gryWarsztaty gitarowe 50 ćwiczeń na gitarę solo
35,00 złCD + książka 60 str
Gitara Flamenco nauka gryOpis gitarowych technik gry flamenco
47,38 zł2xCD + 32 str A4
SklepMuzyczny24.com

- Szkoły gitarowe na DVD
- Kursy gry na gitarze
- Książki dla gitarzystów
 

Postprzez masterWG » 2007-04-16, 17:09

Krzyszt of Misiak "Wydaje mi się" to kolejna płyta autorska dobrze znanego w światku muzycznym gitarzysty rockowego nagrana z udziałem:

Paweł Mielnik (1,2,3,4,5,6,7,8,9,10,11,12,13) - programowanie syntezatorów, perkusja, edycja perkusji,
(14) - obróbka audio
Dave Latchaw (5,11) - solo syntezatorowe
Christopher Dell (3) - solo wibrafonowe
Krzysztof Ścierański (10) - solo typu 'ścierańskość'
Wojciech Pilichowski (2) - solo typu 'karate na basie', (6) - melorecytacja, solo na basie, teksty
Mariusz "Fazi" Mielczarek (8) - saksofon sopranowy
Grzegorz Grzyb (1,7,9,11) - programowanie bębnów
Piotr Kelm (13) - skrzypce
Krzysztof Kralka (13) - saksofon sopranowy

Obrazek

Najpierw gdy włączyłem tą płytę myślałem, że dzwoni mój telefon stacjonarny, ale to krótkie zmylenie zostało zastąpione zdziwieniem o nieco innym charakterze, a mianowicie czy przypadkiem nie pomyliłem płyt i nie słucham teraz jednego z albumów grupy Dream Theater.
Można by się do tego wrażenia przyczepić, ale kto nie lubi progresywnego rocka wzorowanego na muzyce DT. Należy sie zatem skupić formie tego albumu w całości, jaki zamiar miał autor osadzając swój nowy album w takich klimatach? Może chciał skupić uwagę nie tylko fanów czystego funkowo rockowego grania, ale też amatorów progresywnych zabaw z synthem, od którego w żaden sposób nie da się uciec słuchając tej płyty. Nie można przekreślać jednak szans tej płyty na znalezienie miejsca na półce u amatora szybkich i pouczających skal gitarowych jak i mieszanych paternów perkusyjnych gdyż jest w niej mnóstwo popisowych zagrywek, ale czy tak naprawdę nie przybliżają one naszych spostrzeżeń w kierunku DT? Ja wciąż myślę, że należy doszukać się jakiegoś własnego ja w tym projekcie. Dobrym punktem tej płyty jest udział Wojciecha Pilichowskiego chociaż niejeden krytyk uzna to na pewno za obcykany i desperacki krok. Zagrywki na slapie sprawiają, że muzyka nie zamyka się w jednej szufladzie, a posłuchać jej mogą fani właśnie gitary basowej. Kompletnie zbił mnie z tropu szósty z kolei utwór, który jest połączeniem rapu w wykonaniu Pilicha (zresztą ze słowami jego autorstwa) z funkowym podkładem, który pasuje do całości, ale to i tak kiepski pomysł bo tego się nie robi! Nie warto łączyć ambitnego projektu, który robi na nas wrażenie z hip hopem o mało ambitnym tekście chyba, że ktoś odbierze to jak ironiczny żart w kierunku tego gatunku muzycznego.
Całą płytę kończy coś w rodzaju zakłóceń radiowych na poziomie kosmicznych doznań seksualnych(taka dygresja) które tworzone są poprzez zniekształcanie sygnału gitary lub przez jakieś zmyślne urządzenie nieznanego mi pochodzenia. Ja bym już tego nie umieszczał na płycie...chociaż.

Ogólnie jestem pod wrażeniem tej płyty, jej klimatu i sposobu w jaki autor chciał połączyć pewne zagadnienia muzyczne do tej pory chyba nie łączone. Sam nie robił bym zabiegów w stylu hip hop z funky ale trzeba oddać honor bo to wymaga odwagi. Nie powinna nas zrazić ilość cyfrowych efektów i obecność syntezatora gdyż kupując płytę zwracamy uwagę na okładkę, a w tym przypadku na pierwszy rzut oka widać czego na płycie można sie spodziewać. Jest to płyta dobra pod kątem każdego użytego w studiu instrumentu i na pewno warta zachodu i pieniędzy jakie trzeba na nią wydać!

Są to moje przemyślenia więc nie należy brać ich sobie do serca tylko kupić płytę lub wygrać u nas i przesłuchać bo warto!
[you] odwiedź natychmiast http://wojnygitarowe.pl
masterWG
 
Posty: 3
Dołączył(a): 2007-04-10, 05:21

Postprzez masterWG » 2007-04-26, 05:27

Marcin Duński "Kameleon"

Płyta nagrana w składzie:

Marcin Duński - gitara

Wojciech Pilichowski - bas

Tomasz Łosowski - perkusja

Jurek – klawisze:)

Realizacja: Marcin Raatz i Jurek Konieczek

Obrazek

„Kameleon” to płyta, która otworzyła mi oczy i uszy. Oczy dlatego, że zdałem sobie sprawę jak wielu młodych gitarzystów (oprócz tych z WG) marnuje się bez szans tak naprawde na zrobienie czegoś co nazywamy karierą. A uszy dlatego, że te cztery utwory zdają się być zwierciadłem fantazji i ekscytacji muzycznych Marcina.
Nie ma sensu komentować udziału Pilicha w nagraniach bo jest on starym wyjadaczem i robi swoje, ale zauważyłem ostatnio, że w nagraniach, w których bierze udział Wojtek Pilichowski pojawiają się różne odgłosy jak otwierane drzwi co każe mi wnioskować...nie wiem może się mylę, ale zauważam pewny rodzaj dominacji Pilicha w takich projektach. Jest w tych nagraniach coś co bardzo podkreśla wybitną prace tego znanego basisty, a mianowicie perkusja. Już w utworze o nazwie „Impression” jesteśmy w stanie usłyszeć świetną współpracę basu i perkusji nadając całości progresywne brzmienie i tworząc piekielnie trudny podkład dla Marcina. Ale dla niego chyba nie ma rzeczy niemożliwych i tak od ciężkich riffów (jak by korzenie muzycznych zainteresowań Marcina) do wściekłych solówek możemy podziwiać przede wszystkim świetne przygotowanie techniczne, którego podkreślenia nie da się ominąć bo w końcu ten facet wydaje ta płytę w wieku 26 lat. Wchodząc w głąb twórczości Marcina coraz bardziej wydaje mi się, że nastała jakaś moda wśród polskich gitarzystów na projekty typu „Liquid Tension Experiment”, ale ja tej twórczości nie znam tak naprawde poza nagraniami z płyty „Kameleon” wiec...milczę. Każdy kolejny utwór przedstawia wyraźnie swoją treść, a gitara coraz bardziej się rozkręca, lecz i tak nie uniknąłem pewnego rodzaju przyśnięcia jakie mnie dopada podczas słuchania instrumentalnej muzyki. Utwór „Smooth” jest genialnie prosty, ale za to plus dla autora, że nie dał zamknąć tej płyty w jednym klimacie i całkiem nie zasnąłem. Całe dzieło wieńczy tytułowy kawałek, który oprowadza nas po wyobraźni gitarzysty z funkiem w stylu Krzysztofa Misiaka no i kończy się niespodzianką pewnie pomysłu Pilicha skąd dygresja na początku moje wypowiedzi.
Dzięki zróżnicowaniu faktycznie mamy wrażenie, że Marcin zmienia „kolory” jak kameleon i w ten sposób możemy poznać jego fantazje i myślę, że będę czekał na kolejne odsłony twórczości Marcina Duńskiego i mam nadzieje, że zdanie z początku recenzji nie będzie go dotyczyło.
[you] odwiedź natychmiast http://wojnygitarowe.pl
masterWG
 
Posty: 3
Dołączył(a): 2007-04-10, 05:21

Postprzez Monk » 2007-05-04, 18:03

Stone Sour "Come What(ever) May"

Obrazek

Stone Sour:
Corey Taylor # wokal, gitara ("Through Glass", "sillyworld", Zzyzx Rd.")
James Root # gitara
Josh Rand # gitara
Shawn Economaki # bass
Roy Mayorga # perkusja

W 2003 roku światło dzienne ujrzała pierwsza płyta Stone Sour zatytułowana po prostu "Stone Sour". Po 3 latach przyszła kolej na drugie dziecko "Kamienno Kwaśnych". Tym razem album został nazwany "Come What(ever) May". Pierwsze co zwraca uwagę po kupnie płyty to okładka. Podobnie jak w przypadku pierwszego dzieła bardzo orginalna: Widzimy ludzi w cylindrach patrzących przez lornetki, tylna część przedstawia samych muzyków, w tle widoczny jest rozpadający się budynek (być może jest to kościół). Całość utrzymana jest w ciekawej kolorystyce. Świetna jest również 16-sto stronicowa książeczka wydrukowana na kredowym papieże zawierająca teksty wszystkich kompozycji oraz zdjęcia.
Nadszedł czas na najważniejsze - muzykę. Na album składa się 12 kompozycji. Utworem otwierającym jest "30/30-150" z bardzo ostrym początkiem. Następny jest tytułowy "Come What(ever) May", w którym możemy poznać pełnie możliwości wokalnych Corey'a. Trzeci utwór ("Hell & Conseguences") to już popis obu gitarzystów - wspaniała gra rytmiczna Jim'a przeplata się z świetnym solo Josh'a tworząc naprawdę fajną mieszankę wybuchową. Na czwartym utworze zatytułowanym "sillyworld" album 'zwalnia'. Następne dwie piosenki znów 'wciskają pedał gazu' i całość przybiera zawrotnej prędkości na szóstym utworze "Reborn". Bardzo ostre intro, spokojna zwrotka i refren z piekielnym wokalem Corey'a przypomina kompozycje rodem z piekieł (czyt. SlipKnoT). Później stonowany "Your God" i przychodzi czas na genialną balladę "Through Glass". Na gitarze gra Corey (podobnie jak w "sillyworld" i Zzyzx Rd."). Dodatkowy plus za piękny wokal. Następny kawałek "Socio" jest również stonowany. W prost przeciwnie jest w przypadku "1st Person"- ciężkie riffy i mocny wokal, zdecydowanie najcięższy utwór na płycie obok "Reborn". Dwie ostatnie piosenki to ballady. O ile w "Cardiff" możemy usłyszeć przesterowane gitary o tyle w "Zzyzx Rd." nie. Zamiast tego mamy fortepian (!) i wokal przypominający ten z "Through Glass".
Warto wspomnieć, że płytkę miksował Randy Staub znany m.in. z pracy nad albumami Metallici. Wydawcą jest oczywiście ROADRUNNER Records (SlipKnoT, Megadeth, Type O Negative).
Podsumowując "Come What(ever) May" to genialny album. Polecam go z czystym sumieniem. Jedyną przeszkodą może być cena, która wcale nie jest mała i waha się w granicach 50 zł. Mimo wszystko jeszcze raz gorąco polecam i zachęcam do kupna :)
Vintage V100MRPGM ICON Lemon Drop
http://www.myspace.com/sicmonk
Avatar użytkownika
Monk
 
Posty: 14
Dołączył(a): 2007-02-14, 15:53
Lokalizacja: Kalisz(fornia)

Postprzez Szymeg1988 » 2011-02-13, 23:03

PINK FLOYD -THE DARK SIDE OF THE MOON
Obrazek
1. Speak To Me / Breathe 3:58
2. On The Run 3:35
3. Time 7:05
4. Great Gig In The Sky 4:47
5. Money 6:23
6. Us And Them 7:51
7. Any Colour You Like 3:26
8. Brain Damage 3:51
9. Eclipse 2:01

Otwieram drzwi od mieszkania, męcze się długo zanim wyciągne klucz z zamka, wreszcie po dużych trudach zamykam drzwi, klucz rzucam na stół, zasłąniam czerwone zasłony, zapalam lamkę z czerwonym kloszem, oczywiście nastawiam płyte The Dark Side of the Moon w moim adapterze, siadam wygodnie na fotelu, i tak zaczyna się moja podróż...

Bicie serca coś tak naturalnego, coś tak niebywałego, dzięki temu człowiek żyje, tak też rozpoczyna się ta płyta trwająca zaledwie ponad pół godziny, mieszcząca się na starej płycie winylowej. Niejako zaczyna się od wprowadzenia w tą niebywałą podróż. Dźwięk narasta, zdaje się że wspina się do nieba i z wielkim hukiem wybucha, tworząc na niebie ogromny pejzaż, niczym sztuczne ognie, tak właśnie zaczyna się Breathe.

Wolne tempo, niezywkle klimatycznie się rozpoczyna, każdy dźwięk jest tu odpowiednio dobrany nie robiąc "tłumu", każdy dźwięk jest wyważony, nie ma zbędnego akordu. Bardzo delikatny wokal Gilmoura, towarzyszą mu instrumenty klawiszowe Wrighta tworząc niezwykłą głębie, której na tym albumie nie brakuje. Tekst wprawia nas w zadumę:
"Oddychaj, oddychaj powietrzem
Nie bój się troszczyć
Odejdź, ale nie ode mnie
Rozejrzyj się, znajdź swą dziedzinę"

Dzięki płynnemu przejściu nastaje On the Run, bardzo dziwny utwór, nie wiem jak to nazwać, hmm kosmiczną suitą nazwałbym Echoes a to nie mam pojęcia. Utwor ten można by mniemać po odsłuchaniu zabiera nas w kosmos, lecimy niczego nie świadomi, wokół gwiazd i planet, mijamy je , w głębi słyszymy dziwne odgłosy jakby z kontoli lotów. Byłem troche zdziwiony jak zobaczyłęm "teledysk" w którym to człowiek leżący na łożku jedzie przez szpital, patrzą na niego ludzie on na nich, ale jest jakby wyłączony z życia, wreszcie trafia na lotnisko i odlatuje w niebo. Utwór kończy się wybuchem, trzeba takżę wspomnieć że cały jest zbudowany z instrumentów klawiszowych, dających naprawde ciekawe efekty jak na tamte czasy. Naglę słysze tykanie zegarów i ich dzwonienie, tak zaczyna się Time.

Jest to wg mnie jeden z najlepszych utworów jakie kiedykolwiek powstały. Opowiada o przemijającym czasie, którego człowiek marnuje, o chwilach bo tak naprawde tylko z nich się skłąda życie i tylko dla nich warto żyć.:
"Tykanie zegara wypełnia chwile szarego dnia
Marnujesz i trwonisz godziny, które otrzymałeś
Okopujesz się na kawałku ziemi w rodzinnym miasteczku
Czekając na coś lub na kogoś, kto pokaże ci drogę"
Drapieżny wokal Gilmoura jest tu kontrastowany z łągodnym Ricka Wrighta, pojawiaś się teź solówka Davida, bardzo prosta lecz jak wyrafinowana i doskonale wkomponowująca się w całość, nawyraźniej muzycy wyszli z założenia że w prostocie można odnaleźć doskonałość. Dzięki płynnemu przejściu, słyszymy następny utwór , tym razem instrumentalny Great Gig In The Sky.

To ponad 4 minuty popisu wokalnego Clare Torry, przygrywa jej Wright na fortepianie a takżę Gilmour. Niestety na koncertach inne wokalistki nie zdołały tak dobrze śpiewać jak Claire, która ze swoim wokalem wzniosła się ponad przeciętność. Mniej więcej w połowie utowór zwalnia, towarzyszy temu niesamowity klimat jakby ciszy. Niestety musze stać z fotela, bo z końcem Great Gig in The Sky, należy przełożyć na drugą strone winyla, rozpoczyna się Money, które jedank nie jest płynnie powiązane z poprzednim kawałkiem.

Pierwsze co słyszymy to dźwięki kas fiskalnych i pieniądze, które tak człowiekowi są niezbędne, następnie wplata się to niezykle znany motyw gitary basowej Watersa. Utwór ten opowiada o zachłąnności ludzkiej i ma pesymistyczne przesłanie:
"Kaso, wynoś się
Dostajesz lepiej płatną pracę i jesteś OK.
Pieniądz to paliwo
Zgarniaj kasę obiema rękoma i układaj w stos
Nowy samochód, kawior, sen na jawie
Myślę, że kupię sobie klub piłkarski"
Pojawia się też poraz pierwszy saksofon, idealnie tu pasujący a także po nim solówka Gilmoura znowu prosta, jednak widać że David się skupiał na doborze dźwięków bardzo uważnie.Nzowu dzięki płynnemu przejściu dostajemy piękny Us and Them.

Opowiada on o ludzkiej egzystencji, o tym że tak naprawde nie wiemy nawet kim jesteśmy naprawde, mijamy się na ulicachszuając jakiegoś celu w życiu. Utwór jest zbudowany na zasadzie porównań: "my i oni, ja i ty, czarny i niebieski. Łagodny wokal Gilmoura jest wzbogacany o żeński chór. KLimatyczny, powolny wprawiający w zadumę, głowa sama zaczyna się kiwać to w jedną to w drugą stronę, niezwykle uspokajający-to tylko niektóre cechy , dla których warto go posłuchać.

Następny utwór Any Colour You Like to popis instrumentalny zwłąszcza Wrighta, dźwięki krążą niemal wokół nas , jak księżyce wokół planet, i rzeczwyiście mając "oczy szeroko zamknięte" widzimy te barwy jakie próbuje nam pokazać Wright. Album kończą 2 kawałki które w zsadzie można traktować jako jedność, są to Brain Damage i Eclipse.W których to widać przesłanie odnoszące się do horroru wojny jej niepotrzebności i głupoty ludzi, którzy do niej ciągle dążą.

Podsumowaniem albumu jest wypowiedź dozorcy budynku Gerrego Driscolla, który stwierdza "nie ma ciemnej strony księżyca, w rzeczywistości jest cały ciemny"

Absolutnie polecam ten album , nie znajdziecie tu ani jendego niepotrzebnego dźwięku, wszystkojest odpowiednio wyważone, i jeśli chcesz choć na te 35 minut znaleźć się poza rzeczywistością todobrze trafiłeś.

Pozdrawiam
Avatar użytkownika
Szymeg1988
 
Posty: 83
Dołączył(a): 2011-01-30, 01:46

Postprzez Szymeg1988 » 2011-02-22, 19:17

David Gilmour - On an Island (2006)
Obrazek
01 - Castellorizon (3:54)
02 - On an Island (6:47)
03 - The Blue (5:26)
04 - Take a Breath (5:44)
05 - Red Sky at Night (2:51)
06 - This Heaven (4:24)
07 - Then I Close My Eyes (5:26)
08 - Smile (4:03)
09 - A Pocketful of Stones (6:17)
10 - Where We Start (6:45)

David Gilmour jest znany przede wszystkim z wspaniałej kariery w Pink Floydach, jego styl jest bardzo rozpoznawalny, mam tu na myśli wolne solowe zagrania, bardzo klimatyczne, mocne naciąganie strun podczas grania, dalekosiężny spokój i opanowanie, melancholia, zapomnienie, odpłynięcie właśnie na tytułową wyspę. I taki jest właśnie ten album. Wokal Gilmoura można porównać do wina, im starszy tym lepszy, zważywszy na to że David tworząc ten album ma 60 lat, wiec do najmłodszych nie należy. Delikatny, wprowadzający w melancholię, bardzo przyjemny dla ucha, ale nie usypiający, przynajmniej wg mnie :P

Cały album to około godziny nagrania, skłąda się na to 10 piosenek. Można zarzucić ze budowa kompozycji jest nieco liniowa, tzn David zaśpiewa 2 zwrotki i zaczyna grać solówkę, których na tym albumie jest dużo. Płyta pod względem budowy nieco przypomina mi też ostatnią płytę Floydów Division Bell, a utwory Marooned i Red Sky at Night są dosyć podobne, jednakże to koniec moich narzekan. Teraz same plusy. Otóż posłuchać ten album tzn odpłynąć, na tą godzinę właśnie na tytułową wyspę, elementy jazzu, muzyki orkiestralnej czy też muzyki ludowej idealnie wkomponowują się w zaproponowany styl. Wspomniany Red Sky at Night jest po protu piękny, faktycznie zamykając oczy widzimy niebo, przedstawiające się jako obraz milionów barw malowanych przez zachodzące słońce, a odbijających się na tafli lagodnego oceanu. Zresztą David pokazuje tutaj swoje umiejętności gry na saksofonie, co bardzo osobiście mi przypadło do gustu. Bardzo wolne tempo utworów potęguje melancholię całego krążka, a bardzo umiejętnie budowany klimat tworzy artystyczne dzieło, które niewątpliwie ma w sobie to coś.

Teksty napisane przez samego Gilmoura a także Samsona,napisane przez Zbigniewa Preisnera orkiestracje, udział specjalnych gości:wokaliści David Crosby i Graham Nash, grający na rogu Robert Wyatt, wiolonczelistka Caroline Dale, grający na instrumentach klawiszowych Richard Wright z Pink Floyd, oraz Leszek Możdżer-czołowy polski pianista jazzowy,dodaje niesamowitego smaczku, a jednocześnie bardzo śrubują poziom techniczny albumu, który jest po prostu bez zarzutu-artystyczny rodzynek.

Oczywiście, zanim jeszcze posłuchałem On an Island, miałem pewne obawy, czy Gilmour nie jest już "wypalony" pracą w Pink Floydach, żę jego niesamowite pomysły, których użył włąśnie w brytyjskiej grupie, się już nie skończyły. Jednakże po przesłuchainu całego albumu mogę śmiało powiedzieć, że jest piękny wprowadza niesamowitą melancholię i smutek, widać tu dojrzałość Davida, dzięki temu albumowi odpłyniesz w zapomnienie przez tą godzinę i chwałą za to Gilmourowi, że dzięki niemu rynek muzyczny i nasze uszy są "karmione" takimi rarytasami.

Absolutnie polecam, nie zastanawiać się jak będziecie stać przed tą płytą w sklepie :)

Pozdrawiam
Avatar użytkownika
Szymeg1988
 
Posty: 83
Dołączył(a): 2011-01-30, 01:46

Postprzez Jim » 2011-10-11, 21:58

The Doors - L.A. Woman
Obrazek
01 - The Changeling (4:20)
02 - Love Her Madly (3:18)
03 - Been Down So Long (4:40)
04 - Cars Hiss By My Window (4:10)
05 - L. A. Woman (7:49)
06 - L'America (4:35)
07 - Hyacinth House (3:10)
08 - Crawling King Snake (4:57)
09 - The WASP (Texas Radio and the Big Beat) (4:12)
10 - Riders On The Storm (7:14)

Gdy w pierwszej chwili pomyślimy o zespole The Doors do głowy przychodzi nam obraz młodego Jima Morrisona śpiewającego Light My Fire. Skojarzenie dość trafne lecz nie w przypadku tej płyty. Chociaż na przełomie 1970 i 1971 roku można było rzec, że doorsi są już muzycznie skończeni, Jim i spółka po raz kolejny i ostatni zaskoczyli swych słuchaczy.

Po nieudanym eksperymencie z The Soft Parade (1969) i próbie powrotu do formy na Morrison Hotel (1970) w listopadzie 1970 r. Robby Krieger, Ray Manzarek, John Densmore i Jim Morrison planują rozpoczęcie prac nad kolejną, ostatnią w tym składzie płytą. Producent poprzednich krążków grupy , Paul Rothchild rezygnuje ze współpracy z zespołem. Muzycy zwracają się więc z prośbą o pomoc do Bruce'a Botnick'a inżyniera dźwięku obecnego przy nagrywaniu wcześniejszych płyt. I tak rozpoczyna się praca nad L.A Woman.

Album otwiera łatwo wpadający w ucho; The Changeling , utwór, którego tekst w pewnym stopniu odzwierciedlał ówczesne życie Morrisona. Kolejna jest melodyjna piosenka autorstwa Robbiego Kriegera; Love Her Madly , opowiadająca o jego problemach z obecną dziewczyną. Ciekawostką natomiast jest utwór numer trzy; Been Down So Long , gdyż nie usłyszymy w nim klawiszy Manzarka. Po tej dawce w miarę szybkiej i intensywnej muzyki uspokoi nas Cars Hiss By My Window , powolny, bluesowy utwór traktujący o samotności i niespełnionej miłości. No i w końcu tytułowy utwór; L.A. Woman. Dynamiczna gra klawiszy Manzarka, zagrywki gitarowe Kriegera oraz perkusja Densmore'a w połączeniu z wierszem Morrisona stworzyły jeden z najlepszych utworów w historii doorsów. Z wywiadów wiemy, że nastrój panujący przy nagrywaniu tej płyty miał luźny charakter, można to wyczuć wsłuchując się w tytułowy utwór. Całość jest dopracowana w każdym calu lecz wciąż czuć swobodę gry a śpiew Jima jest bardzo przekonywujący. Pod względem lirycznym jest to piosenka traktująca o Los Angeles, mieście które straciło swój dawny blask stąd nazwane jest '''miastem nocy''. W środkowej części utwór zwalnia (pomysł Densmore'a) a Morrison powtarza wkręcające się w głowę słowa ''Mr. Mojo Risin". Pierwszym utworem ze strony B pierwotnego wydania jest L'America, kolejny wiersz Morrisona opowiadający o podróży do Ameryki Łacińskiej i o tamtejszych handlarzach narkotyków. Kolejny jest Hyacinth House, utwór napisany w domu Kriegera. Kolejny utwór; Crawling King Snake jest coverem Johna Lee Hookera. Zespół często go coverował już we wczesnym etapie swej kariery. Przedostatni utwór; The WASP (Texas Radio and the Big Beat) opowiada o pirackich stacjach radiowych słyszalnych na południu USA w latach 50-tych (młody Morrison miał do nich dostęp). Płytę zamyka bardzo spokojny Riders On The Storm, którego tekst opowiada o zabójcy-autostopowiczu.

Podsumowując, jest to definitywnie płyta o bluesowych korzeniach. Nagrana w czasach w których muzyka ruchu hippisowskiego odchodziła w zapomnienie ustępując miejsca nowym brzmieniom. Doorsom udała się przemiana z zespołu psychodelicznego na zespół bluesowy. I chociaż usłyszymy tutaj ciężki i szorstki śpiew zmęczonego życiem Morrisona płyta nadal jest pod wieloma względami doskonała. Osobiście, będąc osobą zakochaną w twórczości The Doors polecam omawiany krążek wszystkim, którzy lubią bluesowe brzmienie. Płyta ta uświadamia też, że Jim Morrison nie był zwykłą, podrzędną gwiazdą rocka lecz poetą.
Obrazek Obrazek
Avatar użytkownika
Jim
 
Posty: 61
Dołączył(a): 2011-09-13, 21:20
Lokalizacja: CB

Reklama