Cześć wszystkim :)
Szukam wzmacniacza gitarowego do raczej cięzkiego grania, ale mam dylemat co wybrać head czy combo? ( jeżeli tak to celuję w peaveya 6505+ 112- cena około 2 tyś) jeżeli głowa i paczka to nie mam bladego pojęcia.
Czemu się nad tym zastanawiam? Otóż dlatego że gram w kapeli około roku. Próby, próby i jeszcze raz próby. Gram na nich na rolandzie cube 40 xl i ibanezie rga-7 i jak na próbie to piecyk daje nawet rade, oczywiście musi być rozkręcony na 3/4 glóśności :P Ale już niedługo wchodzimy na jakąś scenę dlatego myślimy nad lepszym sprzętem, ale czy ten peavey w lampie o mocy 60 watt będzie wystarczający? Cejuję w niego bo i tak dużo czasu będę grał w domu, więc nie bede miał jak się rozkręcić na headzie gdybym jednak go wybrał. Druga sprawa to transport. Jeżdżę nowa fiestą a tam niestety nie ma za dużo miejsca w bagażniku, więc combo nadawało by się bardziej niż head. Jest 3 do 0 dla comba więc, po co jeszcze sie zastanawiam? Boję się że się zawiodę, że jednak będe miał za mało mocy na koncertach i w ogóle jakość pomiędzy combem a headem bedzie bardzo słyszalna ( kolega raczej weźmie heada)
Grałem na headzie peavey 6505 razem z paczką 212 na celestionach i to było to czego bym tak naprawde chciał. Było mega mocno, perfekcyjnie. W tym samym sklepie ogrywałem combo blackstara lecz nie pamiętam jakiego, ale jakąś lampę 112 pewnie o mocy 60 watt, i strasznie się zawiodłem, a nawet wtedy sobie powiedziałem ze mój roland lepiej gra :D
Innym razem ogrywałem bugere 333 xl 212 oraz blackstara ID 60 i znowu tranzystor (blackstar) bardziej mi się podobał.
Jakie wnioski z tego wszystkiego?
Jak lampa to tylko head + paczka? bo tylko wtedy osiągnę cos czego szukam? Dwa comba lampy które ogrywałem były dla mnie słabe a ten peavey 6505 + 112 jest o podobnej specyfikacji. Zawiodę się na nim?
