hej, pytanie może głupawe, ale chodzi mi po głowie...
od pół roku uczę się grać - zacząłem od razu na elektrycznej. sporo i chyba sensownie ćwiczę, bo spodobało mi się bardzo. na elektryku idzie mi nieźle, a że lubię nagrywać, dokupiłem sobie elektroakustyczną gitarę do akompaniamentu (bardzo fajna Takamina EG320C). jednak w sklepie z przejęcia, nie zwróciłem uwagi na kilka rzeczy. dopiero w domu dotarło do mnie jaka jest WIELKA :D pół wieczoru zastanawiałem się jak ją trzymać, żeby choć trochę widzieć podstrunnicę... doszedłem do wniosku, że chyba się nie da ;) ale to jeszcze pół biedy. ważniejsze jest to, że ta gitara jest wredna i nie wybacza mi najmniejszego błędu. jak nie docisnę struny jedynym słusznym czubkiem palca, co do milimetra idealnie, (maltretując palec) 3x mocniej niż na elektryku, to zabrzęczy mi 10x głośniej. progi wydają mi się też trochę niższe, ale generalnie nie mogę narzekać na samą gitarę, bo jak dokładnie docisnę te jej twarde i sztywne struny, to nie brzęczy nigdzie. tak czy inaczej, niebrzęczące akordy na tej gitarze są dla mnie póki co niewykonalne (chyba, że w skupieniu ułożę palce). no i moje genialne pytanie za 100 pkt. - czy akustyki to rzeczywiście taki hardcore, czy po prostu mnie się taka trafiła (innymi słowy z głupoty sobie taką wziąłem)? ;) a może to normalne, mam być cierpliwy i trenować apiać od nowa przyciskanie strun eliminując ewentualne złe nawyki, które elektryczna mi wybacza? :P pytam, bo nie mam wśród znajomych absolutnie nikogo kto by się znał na gitarach i niepokoję się, że mogłem wybrać źle :/
btw. ale za to jak po dwu godzinach z akustyczną wezmę do ręki elektryka, to czuję się jakbym trafił do nieba. nagle wszystko wychodzi :D








Sorry, to VT :P






